Madera,  Miejsca

Madera

Zazwyczaj spędzamy wakacje czarterując jacht. Jednak w ubiegłym roku upolowałam w Itace wycieczkę na Maderę. Adam nie był zbyt zachwycony, ale nie zawsze przecież trzeba spędzać wakacje na jachcie (według mnie oczywiście). Przed podróżą naoglądaliśmy się filmików na You Tubie jak to się ląduje w Funchalu i stwierdzam, że adrenalinka przy lądowaniu rośnie. W szampańskim humorze wyruszyłam ja, Adam miał minę nietęgą, bo nie jacht, bo bez żagli, bo będzie się nudził. No cóż, niekiedy musi być tak jak ja lubię. Nie powiem, że nie lubię pływania, ale od czasu do czasu chcę odskoczni.

Lot na Maderę trwał około 6 godzin. Wylądowaliśmy koło północy, więc przy lądowaniu działała tylko wyobraźnia, gdyż z powodu późnej pory nic nie było widać. Może to i lepiej. Polski pilot pięknie posadził na krótkim pasie maszynę i mogliśmy przejść odprawę. Ciekawostka. Jeśli pilotowi nie uda się 3 razy wylądować, samolot odlatuje na Teneryfę i tam turyści spędzają noc na koszt linii lotniczych. W Polsce w ubiegłym roku było tylko 7 pilotów, którzy mieli uprawnienia do lądowania na Maderze.

Lotnisko Funchal
Dobrze, że było ciemno 🙂

Autokar zawiózł nas do hotelu Estalagem do Mar. Po sprawnym rozdzieleniu pokoi, mogliśmy po raz pierwszy zaczerpnąć maderskiego powietrza i posłuchać szumu fal. Adamowi humor się poprawił, ponieważ z balkonu mieliśmy widok na ocean, a fale codziennie budziły nas i usypiały. Samo położenie hotelu bezbłędne. Z jednej strony góry, a z drugiej woda. Portugalczycy to bardzo życzliwi, uczynni i przyjaźni ludzie.

Pokój w hotelu czysty i duży
Widok z balkonu na ocean
Basen hotelowy

Jednym słowem wszystko było jak w ofercie. Następnego dnia pokręciliśmy się po Sao Vicente i postanowiliśmy wynająć samochód. Padło na firmę Rent a Car i samochód Fiat Panda z silnikiem 1,2.

Zapłaciliśmy 60 euro (troszkę się potargowaliśmy) za wynajęcie samochodu na 4 dni, bez uiszczania kaucji. Panie z wypożyczalni bardzo miłe i bez problemów odebrały od nas samochód po zakończonych wojażach. Drogi lokalne na Maderze są bardzo wąskie i pełne zakrętów. Jeśli ktoś nie ma problemu z wysokością i brakiem barierek, na pewno sobie poradzi.

Następnego dnia po śniadaniu wyruszyliśmy na zwiedzanie. O dziwo mój skipper pomimo braku jachtu, miał świetny humor. Pogoda była ładna, temperatura 27 stopni, nasz rączy samochód gotowy do drogi.

To jedziemy!

Do stolicy Funchal, bo to był właśnie nasz pierwszy punkt zwiedzania, dojechaliśmy autostradą w ciągu 40 minut. Były trudności z zaparkowaniem samochodu, ale na szczęście po dwóch okrążeniach znaleźliśmy miejsce. Żeby później odszukać bez problemu samochód, zrobiliśmy zdjęcie uliczki 😉

Tacy z nas spryciarze. Jest zdjęcie, jest samochód jakby co 😉

Zadowoleni ze zdobytego miejsca z mapą miasta offline w telefonie ruszyliśmy na zwiedzanie.

Na pierwszym miejscu była winiarnia i muzeum wina w jednym – Blandy’s Wine Lodge na ulicy Avenida Arriago 28. Wina przepyszne, choć ceny za kieliszek według nas dość drogie. Cena zależy od wina i jego rocznika. Można zamówić do degustacji wino wyprodukowane w roku naszego urodzenia.

My zapłaciliśmy za 2 kieliszki ponad 14 euro. Wina tam nie kupowaliśmy z jednego powodu. Odkryliśmy przepyszny Rum, który smakował niebiańsko. W Blandy’s można wykupić wycieczkę z przewodnikiem za 9.5 euro od osoby, który opowie o szczepach, produkcji i na koniec degustacja. Ale wina tyle, co kot napłakał, więc lepiej kupić sobie samemu lampkę wina. Można tam zamówić wina z myślą o zabraniu do kraju, zapłacić, pracownicy Blandy’s zapakują je odpowiednio, a my odbieramy je bezpośrednio na lotnisku.

Nasze odkrycie

Po pobieżnym zwiedzeniu stolicy Madery, skierowaliśmy się na Cabo Girao, ale nie trafiliśmy do chyba najbardziej znanego punktu widokowego. Nawigacja nie poprowadziła nas tak jak trzeba, ale nie zmartwiliśmy się tym zbytnio, gdyż mieliśmy w planie jeszcze jedną wycieczkę do Funchal. Wróciliśmy do Sao Vicente i pokręciliśmy się trochę po miasteczku. Największa atrakcją są tam jaskinie lawowe, Kościół Igreja Paroquial de Santa Isabel oraz samo miasteczko.

Następnego dnia wybraliśmy się by zwiedzić Santanę.

Przed wyjazdem oglądaliśmy zdjęcia tego bajkowego miejsca. W centrum miasteczka jest kilka domków wyglądem przypominające chatki z piernika. Kolorowe, malutkie, a w każdym z nich pamiątki oraz cebulki i nasiona różnych kwiatów i roślin. Roślinki są pakowane w odpowiedni sposób i można je bez problemu wywieźć. Ja niestety nie kupiłam, gdyż miałam nadzieję zrobić zakupy na lotnisku, ale nasz lot był po 22.00 i wszystko było już zamknięte.

Gdy już nasze oczy nacieszyły się pięknymi widokami, po wypiciu bardzo dobrej kawy barze, ruszyliśmy dalej. Co parę kilometrów pojawiały się napisy Miradouro czyli punk widokowy. Przy każdym warto się zatrzymać, żeby nacieszyć oczy wspaniałymi widokami na ocean, góry i piękną zieloną roślinność.

Zwiedzając Maderę, zaobserwowałam ciekawą rzecz. Przy drogach zamiast traw i chwastów, rosną piękne hortensje.

Madera słynie z lewad czyli kanałów do nawadniania terenu. Wiele z nich można zwiedzić pieszo, choć niektóre maja ponad 20 kilometrów. Wodę z przydrożnych kraników można pić bez żadnych obaw. Ta wyspa to raj dla ludzi lubiących piesze wędrówki. My zwiedzaliśmy wyspę samochodem, że względu na moje problemy z nogą. Odległości na Maderze nie są zbyt wielkie i w ciągu jednego dnia, można zwiedzić kilka ciekawych miejsc.

fragment lewady Calheta
Widok jest przepiękny

Następny przystanek to Canical. Po tej stronie wyspy nie ma tak dużo roślinności i bijącej w oczy zieleni. Mamy za to plażę z przywiezionym z Maroka piaskiem, ale o przygodzie z plażą choć akurat nie tą, będzie za chwilę.

Canical
Nie mogę tu napisać “zielono mi”

W drodze powrotnej postanowiliśmy zatrzymać się w jakiejś knajpce. Nasz wybór padł na Aquarium w Canical, mieszczącej się przy ulicy R. da Pedra d’Eira. Jedzenie było pyszne, rybki świeże, owoce morza również wprawiły nas w zachwyt. Za obiad dla dwóch osób zapłaciliśmy 35 euro.

Lapas, przepyszne mięczaki
Espada com banana
Małże duszone w winie ze szczypiorkiem
Tuńczyk smażony

Brzuszki najedzone, jedziemy dalej. Panda była bardzo dzielna na krętych drogach, choć paliwa trochę spaliła. Ale nie ma się co dziwić gdyż teren był rzeczywiście trudny, kręty i pod górkę.

Jak wspomniałam Madera nie jest zbyt dużą wyspa i wszędzie można dostać się w miarę szybko. Postanowiliśmy więc, że pojedziemy jeszcze do Porto Moniz obejrzeć naturalne wulkaniczne baseny. Wstęp na basen kosztuje 1.5 euro, nie jest to więc wygórowana cena, a możliwość popluskania w oceanie w bezpieczny sposób, to prawdziwa frajda.

Naturalne, powulkaniczne baseny

Kolejny dzień i kolejna wyprawa.

Adam w wyśmienitym nastroju, bo zaplanowaliśmy wycieczkę łodzią w poszukiwaniu delfinów. Wracamy po raz kolejny do Funchal.

Zarezerwowaliśmy wcześniej miejsce na łodzi na rejsie obserwacyjnym. Brzmiało dość poważnie, ale najważniejsze dla nas było to, by zobaczyć delfina, a może nawet wieloryba. Koszt jednego biletu wykupionego w firmie Beluga Submarine to 30 euro, a wycieczka trwa 2,5 godziny.

Wypłynęliśmy z portu na poszukiwania. Usłyszeliśmy parę historyjek o dawnych rybakach i łódź zwolniła, bo dotarliśmy do miejsca, gdzie na pewno będą delfiny jak zapewniał nasz przewodnik.

Adaś w swoim żywiole (no prawie, bo nie skipperuje)
W poszukiwaniu delfinów

Oczywiście nie zobaczyliśmy ani delfina ani tym bardziej wieloryba, ale rejs łódką z przeszklonym dnem był udany, choć niektórzy pasażerowie cierpieli na chorobę morską ;-). Może delfiny zobaczymy z bliska w Chorwacji?

Gdy nasze stopy dotknęły lądu, pojechaliśmy obejrzeć sławny targ w Funchalu. Ależ tu dużo kolorowych owoców i kwiatów. Są też warzywa i ryby.

Sprzedawcy ryb

Po zwiedzeniu targu wbiliśmy jeszcze raz w nawigację Cabo Girao i o cudzie wreszcie się udało! Wjeżdżaliśmy około 40 minut. Panda na pierwszym i drugim biegu rzęziła, dróżka wąska, ale dotarliśmy na miejsce. O szczęście niepojęte! Widok i wysokość zapierają dech w piersiach. Wreszcie ujrzałam jeden z najwyższych klifów w Europie. Miejsce to polecam ludziom bez lęku wysokości. Wchodzę na szklaną platformę i podziwiam ten cud natury. Adam grzecznie podziękował za tę atrakcję, miał już dosyć drogi na górę. Powiem szczerze, miałam lekkiego stracha, ale założyłam się z niejakim Mirosławem B. że wejdę na platformę. Zakład wygrałam, a nagrody do tej pory ani widu ani słychu.

Nadszedł ostatni dzień zwiedzania wyspy.

W hotelu zapytaliśmy gdzie znajdziemy plażę aby się poopalać i wykąpać. Przemiła Pani recepcjonistka wytłumaczyła gdzie jest owe miejsce i uzbrojeni w ręczniki, krem do opalania i kostiumy wyruszyliśmy na nasza ostatnią wycieczkę dzielną Pandą.

Postanowiliśmy po drodze zatrzymać się w przepięknej miejscowości Camara de Lobos i spróbować sławetnego maderskiego napoju Poncha. Miasteczko na prawdę śliczne, droga do niego oczywiście kręta, ale na prawdę warto jest się tam zatrzymać. Wpadł nam w oko maleńki bar, więc postanowiliśmy właśnie tam skosztować złocistego napoju, który jak głosi legenda został wymyślony właśnie w Camara. Przemiły barman, który znał kilka słów po polsku, pozwolił nam zrobić Poncha’e. W smaku napój okazał się bardzo dobry, choć dla mnie troszkę za słodki. Następnie obejrzeliśmy port rybacki i kolorowe łódki.

Po degustacji, wyruszyliśmy w poszukiwaniu plaży. Znowu kręta droga w górę i w dól. Przez cały czas naszych wypadów, dzielnego bolida prowadził Adam. Ostatecznie ma licencję kierowcy rajdowego, więc zawiłe drogi to dla niego pestka (powinna być). Gdy dojechaliśmy na miejsce, naszym oczom ukazała się sławetna plaża…

No cóż jak sami możecie zobaczyć z opalania i kąpieli wyszło jedno wielkie nic, ale humory i tak nam dopisywały. Wracając do Sao Vicente, zatrzymaliśmy się w przydrożnej knajpce. Podobno im gorzej lokal wygląda, tym lepsze jest jedzenie. Rzeczywiście knajpa wyglądem nie zachwyciła, ale było sporo miejscowych, więc postanowiliśmy się tu zatrzymać na degustację pysznej Espetady czyli pieczonego na ogniu wołowego szaszłyka. Mięso jest marynowane w różnych przyprawachi obowiązkowo w czosnku, majeranku i jak tradycja głosi powinno być pieczone na patyku z liścia laurowego. Szaszłyk został podany z gorącym chlebkiem z mąki i ziemniaków bolo do caco oraz sałatką i frytkami.

Mięso było aromatyczne, kruche i na prawdę smaczne. Gdy będziecie na Maderze, koniecznie spróbujcie tę potrawę. Ten smakołyk kosztował nas 24 euro.

Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy, ale wyjazd był bardzo udany. Adam stwierdził, że gdyby nie boczne, kręte drogi byłoby super. Celowo nie wspomniałam o Ronaldo, najsłynniejszym mieszkańcu wyspy, bo koszulek, gadżetów, ba.. nawet pomników i popiersi jest w brud. Nawet lotnisko nosi jego imię, a piłkarz ma swoje muzeum. A ja jego fanką nie jestem.

W drodze powrotnej do hotelu czekała na nas jeszcze jedna niespodzianka, a mianowicie mały choć wysoki wodospad o nazwie “Welon panny młodej”

Wracając do Sao Vicente, zatrzymaliśmy się na zakupy spożywcze, które nadawały się na prezenty dla najbliższych: rum, wino, kilka rodzajów marakuj i mieszanki przypraw w tym majeranek, który ma bardzo intensywny zapach i używany jest do wszystkiego (nawet makaron był podawany z majerankiem). Oddaliśmy bez problemu zatankowany do pełna samochód i następnego dnia znowu w godzinach wieczornych wylecieliśmy do Warszawy. Po drodze planowaliśmy już kolejną podróż. Padło znowu na Chorwację i okolice Zadaru.

A teraz podam Wam przepis na sławetnego drinka Poncha.

Będzie nam potrzebne:

1 kieliszek mocnego rumu ( tradycyjny to Aquardente), sok z jednej cytryny i jednej średniej wielkości pomarańczy.

1 łyżka melasy lub miodu pszczelego (ja dałam melasę, bo taki piłam)

kostki lodu

Do szklanego naczynia (u mnie słoik) specjalną drewnianą pałką zwaną caralhinho nabieramy melasę (ja użyłam takiej do miodu), dodajemy rum, zakręcamy słoik i potrząsamy energicznie do momentu aż obydwa składniki dokładnie się połączą. Następnie dodajemy sok z cytryny i pomarańczy i powtarzamy operację mieszania. Jeśli dla poniektórych smakoszy drink będzie zbyt słaby, można dodać jeszcze parę kropel rumu. Wlewamy do wysokiej szklanki, dodajemy lód i pijemy koniecznie przez słomkę.

Mam nadzieję, że będzie Wam smakował 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: